WYDZIAŁY

Intryguje mnie tajemnica

Z prof. Izabelą Święcicką, prorektorem Uniwersytetu w Białymstoku ds. nauki, o dwóch wielkich pasjach – biologii i historii sztuki – rozmawia Anna Mierzyńska.


- Na początku była…

- Sztuka, a raczej rysunek. Od dziecka interesowałam się rysunkiem i malarstwem. Tak samo jak moja mama – do dziś pamiętam strony jej książki z przepisami, ozdobione pięknymi rysunkami kwiatów. Marzyłam o tym, że zostanę architektem.  Natomiast moja polonistka uważała, że będę świetną dziennikarką, bo bardzo dobrze pisałam. Ale ostatecznie poszłam na studia na… biologię.

- Dlaczego?

- To były bardzo ciekawe studia, blisko życia. Poza tym nie wydawały mi się tak trudne jak inne. Pamiętam, że jako licealistka bardzo krytycznie oceniałam własne możliwości.  Pochodzę z małej podlaskiej miejscowości. Ale kończyłam dość elitarne wówczas liceum w Siemiatyczach. Tam spotkałam się z  dziećmi lekarzy, prawników, musiałam się wśród nich odnaleźć. Porównywałam się do nich i doszłam do wniosku, że na architekturę jestem za słaba, z dziennikarstwa niekoniecznie jest jak się utrzymać. A ponieważ biologię też uważałam za bardzo ciekawą – wygrała biologia.

- I rzeczywiście było tak ciekawie?

- Tak, to były studia w bardzo małych grupach, z fantastycznymi prowadzącymi. Zajęcia z fizjologii zwierząt z panią dr Krasowską to ciągłe „operacje chirurgiczne”, a biochemia z dr Mical to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Na studiach w Białymstoku mieszkałam w akademiku przy ul. Krakowskiej, a rok w domu studenta przy ul. Zwierzynieckiej. To był świetny okres w moim życiu. Po zrobieniu magisterium zaproponowano mi pracę na stanowisku asystenta  w Zakładzie Biochemii u pana prof. Czerpaka. Ale wtedy się na to nie zdecydowałam. Chyba zabrakło mi kogoś, kto by powiedział:  jesteś dobra, nadajesz się na naukowca. Zostałam nauczycielką, uczyłam w szkole podstawowej.  Po sześciu latach okazało się, że mogę wrócić na uczelnię, na etat techniczny. Prof. Jan Buczek, który zatrudnił mnie na etacie technicznym, naprawdę we mnie wierzył.  Od razu pozwolił na pracę ze studentami, początkowo w formie, potem do wykładów.  Bardzo szybko przeszłam na etat asystenta. A potem to tak już poszło:  1999 rok – doktorat, 2009 r. – habilitacja, 2016 r. – profesura.

- Mówi pani o tym w tak prosty sposób, ale przecież osiągnięcie każdego stopnia naukowego wymagało wytężonej pracy.

-  To prawda. Poza tym to wszystko nie byłoby możliwe, gdybym nie miała wsparcia w domu. Zrozumienie rodziny, że to jest moja praca i pasja, jest kluczowe. Poświęcam nauce naprawdę dużo czasu. Zawarłam nawet porozumienie z mężem: nie pracuję w budynku uczelni w sobotę i niedzielę, to jest czas tylko dla rodziny. Jestem wtedy w domu, choć duchem często z nauką… Przyznaję - zdarza się, że na weekendowej przejażdżce rowerowej zahaczam o Instytut Biologii, żeby posiać bakterie, bo one przecież wyrosną mi dopiero za 24 godziny, akurat na poniedziałek rano.

- Dodajmy, że pomiędzy doktoratem a habilitacją były jeszcze dwa stypendia zagraniczne, w tym – najbardziej prestiżowe stypendium Fulbrighta.

- W latach 2003-2004 wyjechałam na stypendium do Belgii. To była prawdziwa, wielka szkoła życia. Pracowałam wtedy pod opieką prof. Jacquesa Mahillona i naprawdę bardzo dużo się u niego nauczyłam. Do dziś współpracujemy, bywam u niego raz w roku, często zaprasza mnie na obronę prac doktorskich, przyjeżdża też do nas. Jeszcze większą satysfakcję dało mi  uzyskanie stypendium Fulbrighta. Pamiętam – aplikowałam o nie w 2005 r., do złożenia aplikacji namówił mnie prof. Buczek. Nie wierzyłam w szanse powodzenia, ale profesor stwierdził:  „Spróbujesz, może pojedziesz. Nie spróbujesz, nie pojedziesz”. Spróbowałam. I nagle okazało się, że przyznano mi to stypendium -  na dodatek już po pierwszej aplikacji, co się bardzo rzadko zdarza.  Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy odbierałam stypendium w siedzibie ambasadora USA – wtedy był nim ambasador Victor Ash. Wyczytał moje nazwisko i nazwę uczelni – Uniwersytet w Białymstoku – i nagle usłyszałam pomruk na Sali. Bo niby jak to możliwe: być z Uniwersytetu w Białymstoku i dostać stypendium Fullbrighta!

- A jednak to możliwe - i właśnie Pani to udowodniła.

- Uważam, że o wartości naukowca nie stanowi jego uczelnia, ale to, co on sobą reprezentuje. I dlatego nigdy nie zmieniłam uczelni. W 2009 roku, kiedy pracowałam nad moją habilitacją, zaproponowano mi przejście na Uniwersytet Warszawski. Ale ja się bardzo dobrze czułam na UwB , miałam tu swoje badania, swoje miejsce – i doszłam do wniosku, że nie chcę niczego zmieniać. Zostałam kierownikiem Zakładu Mikrobiologii, naprawdę miałam co robić. Pamiętam, w tym zakładzie z prof. Buczkiem zaczynaliśmy od „ez” (patyczki do posiewu bakterii) i cieplarki. W tej chwili mamy laboratorium wyposażone na poziomie światowym. Udało się to m.in. dzięki uzyskaniu finansowania dwóch moich autorskich projektów aparaturowych. Właśnie realizujemy już piąty projekt badawczy.

- Czy to właśnie stypendia zagraniczne wzmocniły w Pani poczucie wartości jako naukowca, pozwoliły bez najmniejszych kompleksów tworzyć i realizować kolejne badania i projekty na poziomie europejskim?

- Wyjazdy zagraniczne były ważne. Stypendium Fulbrighta w USA ma jeszcze większe znaczenie niż w Polsce.  Jeśli ktoś przyjmuje takiego stypendystę – w moim przypadku był to prof. Brian Federici - to znaczy, że cieszy się dużym szacunkiem i prestiżem. Amerykańscy naukowcy starają się pokazać, że mają stypendystę Fullbrighta.  Do kampusu danej uczelni taki stypendysta przyjeżdża raz na kilka lat, i to zwraca uwagę, wiele ludzi chce się spotkać, rozmawiać. To jest naprawdę fascynujące.

Dla mnie jednak kluczowe było poczucie, że daję sobie radę, zresztą podobnie jak podczas pobytu w Belgii. W Belgii po raz pierwszy musiałam sobie sama poradzić w nowych okolicznościach. Ja generalnie w domu nie zajmuję się np. sprawami finansowymi. Przy projektach naukowych oczywiście tak - ale nie w domu. Natomiast podczas stypendium w obcym kraju musiałam znaleźć sobie mieszkanie, otworzyć konto w banku – takie codzienne sprawy, ale przecież bardzo ważne. I kiedy się przekonałam, że potrafię, wzmocniło mnie to.

Dzięki wyjazdowi do Belgii odżyło też we mnie moje młodzieńcze zainteresowanie historią sztuki. Nie wiedziałam wcześniej, że Belgia jest tak bogata w zbiory malarskie.  Mój nastoletni wtedy syn przyjeżdżał do mnie i urządzaliśmy sobie wycieczki po muzeach. To była prawdziwa uczta dla oczu i duszy. Wtedy odkryłam, że mogę nadal interesować się malarstwem, ale już nie jako praktyk, a jako pasjonat. Od tego momentu historia sztuki stałą się moją drugą wielką pasją. 

- Ulubiony malarz to…?

- Najwspanialszy okres malarstwa to według mnie impresjonizm, wtedy przepięknie operowano kolorem. Choć to też był pewien proces - pierwsze prace Claude`a Moneta były dość ponure, dużo na nich szarości, brązów. Ale jak przyjrzymy się kolejnym jego pracom – nagle ten kolor zaczyna grać kluczową rolę. To niesamowite! Tak, Claude Monet jest moim ulubionym malarzem. Pierwsze jego prace miałam okazje zobaczyć będąc na stypendium Fulbrighta – i wtedy zrozumiałam, dlaczego warto oglądać oryginały. Zobaczyłam, jak ogromne znaczenie ma struktura dzieła – a tego nie można zobaczyć na reprodukcji.  Monet malował strukturą, grubość farby na jego obrazach wynosi ok. 1 centymetra!  Inny przykład. Pierwszym obrazem namalowanym farbą olejną jest ołtarz Adoracja Baranka Mistycznego van Eycka w katedrze Gandawie.  W katedrze prezentowana jest reprodukcja tego obrazu, dostępna dla wszystkich. Natomiast za obejrzenie oryginalnego dzieła w kaplicy trzeba zapłacić. Byłam tam z rodziną i zdecydowaliśmy się zobaczyć oryginał. Okazało się, że różnica w odbiorze jest ogromna! Faktura obrazu, sposób nakładania farby – to wszystko bardzo silnie wpływa na emocje, jakie obraz w nas wywołuje.

Wracając do Moneta - niezmiennie zachwyca mnie też, jak potrafił namalować stóg siana – w różnym oświetleniu, o różnych porach dnia. Dopiero dzięki temu widać, jak wielką rolę odgrywa barwa.  Z Monetem wiąże się też ciekawa historia – swego czasu wyjechał do francuskiej miejscowości Rouen i tam, podczas każdego pobytu, zajmował zawsze to samo mieszkanie. Z okna tego mieszkania malował piękną katedrę w Rouen, o różnych porach roku. Ale raz mieszkanie było zajęte – i malował z nieco innego miejsca. Na obrazach od razu widać tę różnicę, można na jej podstawie określić rok powstania obrazu. 

- Monet i…? Jest jeszcze jakiś malarz czy malarka, którzy panią zachwycają?

- W Belgii odkryłam także malarstwo Hieronima Boscha. Bosch, średniowieczny artysta, miał niesamowitą wyobraźnię. Postacie na jego obrazach nie są ani ludzkie, ani zwierzęce, to są zawsze jego wyobrażenia.

- Dość przerażające.

- To prawda. Co on chciał przez te postacie powiedzieć? Cóż, nie bardzo lubię interpretację obrazów, obraz albo zachwyca i porusza, albo nie. Ale często sięgam do życiorysów malarzy, by w ten sposób odkryć tajemnice ich dzieł. Wydaje mi się, że Bosch żył w bardzo trudnych czasach, kiedy nie można był uprawiać innej sztuki niż sakralna. On jednak przemycił swoje myśli w obrazach – właśnie w tych trudnych, czasem karykaturalnych postaciach.

- Pani profesor, jak Pani pasja wygląda na co dzień - wchodzi Pani do muzeum z dobrą wystawą malarstwa i przepada Pani na długie godziny?

- Nigdy nie jeżdżę do muzeum, by obejrzeć wszystko. Cieszę się, gdy jestem w muzeum i odnajduję obraz lub dwa, które stają się inspiracją, odkryciem. Tak jak niedawno będąc w Niemczech odkryłam prace Caspara Friedricha. To malarz okresu romantyzmu, tworzył równolegle do impresjonistów. Jego prace są bardzo mroczne, ciemne. To jedyny malarz, który na wszystkich swoich obrazach malował postacie ludzkie od tyłu, pokazując tylko ich plecy. Najpiękniejszy jego obraz „Dwaj mężczyźni obserwujący Księżyc” – przepiękny i niezwykle tajemniczy – to dwóch mężczyzn nad brzegiem morza, podziwiających Księżyc, i tych mężczyzn widzimy z tyłu właśnie.

- Monet jest Pani ulubionym malarzem, Monet – radosny, barwny. Ale kolejne odkrycia malarskie, o których Pani opowiada, to są już malarze mroczniejsi, ciemniejsi, czasem – jak Bosch – przerażający. Skąd ten mrok?

- Może to nie tyle mrok, co tajemniczość – ona właśnie jest intrygująca. Kiedy widzę takie prace, sięgam do życiorysu malarza, w nim szukam przyczyn. Okazuje się, że np. Friedrich pochodził z wieloosobowej rodziny, jego mama zmarła bardzo wcześnie, był pod opieką ojca i starszych braci. I pewnego zimowego dnia na ślizgawce Caspar wpadł do wody. Jeden z jego braci uratował go, ale sam zginął. Zastanawiam się – jaki to miało wpływ na jego dalsze życie? Jeden, bardzo drastyczny moment…

Ostatnio znalazłam też bardzo ciekawą malarkę współczesną  – Kasię Waraksę. Obserwuję jej prace w internecie – są radosne, pogodne, choć też niosą w sobie dużo tajemnicy. Chciałabym zobaczyć je na żywo. Nie wiem tylko, gdzie malarka je prezentuje…

- Czyli najlepszy prezent dla Pani to bilety na dobrą wystawę malarstwa?

- Tak. Albo album. Ostatnio dostałam od syna album o architekturze Gaudiego, ponieważ syn doszedł do wniosku, że malarstwa już mi wystarczy. Wspaniałe budynki!  Może więc czas na wizytę w Barcelonie, w jakiejś krótkiej przerwie między kolejnymi badaniami naukowymi.

- Tego życzę! I dziękuję za rozmowę.