WYDZIAŁY
Poprzednia wersja strony

Dzieci to nasza przyszłość, którą kształtujemy my - rodzice

Dr Ewa Tokajuk z Wydziału Ekonomii i Zarządzania UwB, inicjatorka powstania Ekonomicznego Uniwersytetu Dziecięcego, który ma już 1000 absolwentów; mama czwórki dzieci, z których trójka jest absolwentami EUD, opowiada o swoich nietuzinkowych doświadczeniach z uczenia dzieci ekonomii i zarządzania.  
"Niektóre dziecięce konstatacje są znamienne. Na przykład jak dzieci sobie wyobrażają biznesmena? Zawsze jest to mężczyzna, otyły i bardzo dobrze ubrany, koniecznie z teczką. Żadna grupa nie powiedziała, że to może być... kobieta." 

- Białystok założył Ekonomiczny Uniwersytet Dziecięcy jako drugi w Polsce?

- Tak, po Warszawie, mniej więcej w tym samym czasie równolegle powołano EUD w Białymstoku i Katowicach.

- Dlaczego w jego organizację zaangażowała się właśnie Pani?

- Każdy człowiek chciałby mieć wpływ na swoją przyszłość. Kiedy zostałam mamą, szybko uświadomiłam sobie, że  dzieci to nasza przyszłości, którą my – rodzice kształtujemy, za którą odpowiadamy. Zgłosiłam się do władz Wydziału Ekonomii i Zarządzania z propozycją założenia szkółki ekonomicznej dla dzieci. Okazało się to dość trudne, wymagało dużych nakładów, zostało odłożone w czasie. I niespodziewanie, w 2009 roku pojawiła się propozycja współorganizowania EUD. Przedstawił ją nam dyrektor Fundacji Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych, który jako pierwszy otworzył EUD przy SGH w Warszawie. Skorzystaliśmy z niej. I tak rozpoczęliśmy zajęcia z najmłodszymi studentami w historii Uniwersytetu: 11-, 12-latkami.

- Praca dydaktyczna z dziećmi była chyba sporym wyzwaniem  dla wykładowców akademickich?

- Zdecydowanie. Niewielu wykładowców uniwersyteckich umie pracować z dziećmi - nie potrzebują takich umiejętności. Kiedy szukałam chętnych do współpracy, często słyszałam: „ale ja nie potrafię uczyć dzieci”. Mam czworo dzieci, więc i spore doświadczenie w tej kwestii. Wiedziałam, że muszę niezwykle dobrze dobrać wykładowców. Obserwując ich zachowanie na innych zajęciach wyłapywałam, czy lubią pracować z młodzieżą, a przede wszystkim - czy chcą przekazywać swoją wiedzę, a nie udowadniać, że wiedzą najlepiej. Dzieci nie oczekują spotkania z mądrzejszym od siebie, wszechwiedzącym, który będzie traktował je z góry - wyczuwają to od razu i odrzucają. Dzieci zawsze są ciekawe świata i chcą się przy tym dobrze bawić. Trzeba umieć zdobyć ich zainteresowanie i akceptację w bardzo krótkim czasie. Dzieci nie mają oporów, nie boją się zadawać pytań, a w sytuacji trudnego niezrozumiałego tematu pokazują swoje znudzenie i niechęć. Udało mi się zebrać fajny zespół - trochę intuicyjnie oraz zwracając uwagę na to, czy mają dzieci. Niektórzy przyznawali, że najpierw trenowali wykład na własnych dzieciach, żeby zobaczyć czy zrozumieją, czy się im spodoba.

- Jak wyglądają zajęcia?

- Stosujemy zróżnicowane metody, łączące tradycyjne akademickie wykłady z zabawą. Spotkania mają charakter interaktywny – są połączeniem wykładu, dyskusji, prac warsztatowych i publicznej prezentacji ich wyników. Skomplikowane zjawiska ekonomiczne wyjaśniamy, używając prostych przykładów, bliskich życiu codziennemu młodych studentów. Dzisiejsi 11-, 12-latkowie mają ogromną wiedzę, co nie znaczy, że są o wiele mądrzejsi od starszych pokoleń. Mają po prostu szerszy dostęp do informacji z mediów, szczególnie z Internetu, co rodzi duże niebezpieczeństwo. Media ukierunkowują wszystkich tak, jak sobie życzą ich twórcy, przez co obecnie dzieci są przytłoczone polityką. Nie rozumieją problemów, ale na bazie tego co usłyszą  w telewizji, czy też przeczytają na Facebooku wysnuwają wnioski, nie znając podłoża zjawiska, historii przyczyn i skutków. Na jednym z zajęć, które  prowadziłam, padło stwierdzenie, że podatki są złe i niepotrzebne. Powiedziałam wtedy małym słuchaczom, że „życzę sobie płacenia bardzo wysokich podatków, a wam jeszcze wyższych”. Dzieci od razu łapią, że sobie życzyć źle nie mogę. Dyskusja burzliwa. Zaczynają się zastanawiać, kto i kiedy płaci podatki, na co są przeznaczane. Bardzo szybko doszły do wniosku, że podatki płaci się wtedy, kiedy się zarabia, a im więcej się zarabia, tym wyższe. Stwierdziły na koniec, że mogą płacić wysokie podatki, bo jak już będą zarabiać miliony, to te sto, dwieście tysięcy nie stanowi problemu. Albo: dzieci traktowały bank jako instytucję, która kradnie nasze pieniądze. Okazało się, że nie rozumieją, czym jest bank. Wyjaśniając im, że pieniądze w banku są gwarantowane, że tylko on udziela kredytów, a inne podmioty udzielają pożyczki, bez problemu zrozumiały, że Amber Gold nie jest bankiem i stwierdziły, że nigdy nie wpłaciłyby tam swoich pieniędzy.  

- Jakie tematy wywołują największe poruszenie?

- Trudno określić, gdyż w ponad stuosobowej grupie dzieci różnorodność zainteresowań i wiedzy zawsze jest ogromna. Łatwiej na pewno się prowadzi zajęcia z zarządzania, bo to jest dziedzina bardziej intuicyjna. Ekonomia jest trudniejsza. Ale niektóre dziecięce konstatacje są znamienne. Na przykład jak dzieci sobie wyobrażają biznesmena? Zawsze jest to mężczyzna, otyły i bardzo dobrze ubrany, koniecznie z teczką. Żadna grupa nie powiedziała, że to może być kobieta. XIX-wieczny stereotyp jest więc nadal aktualny.    

Największe kontrowersje pojawiały się na zajęciach dla rodziców. Niejednokrotnie okazali się mniej otwarci niż ich własne dzieci. Kiedy poruszyliśmy problem seksu i narkotyków, rodzice uznali to za obraźliwe, „bo to nie jest przecież problem naszych dzieci - z dobrych domów”. Na koniec zajęć oczy im się otwierały na to, że dzisiejszy świat takie problemy ma w o wiele szerszym zakresie niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, i lepiej o tym się dowiedzieć od fachowców.

- Pierwsze rekrutacje trwały nie dłużej niż 2 dni. Zainteresowanie było tak duże?

- Raz było tak, że miejsca skończyły się już pierwszego dnia. Od początku podeszłam do tego jako do projektu ekskluzywnego. To znaczy, że powinni w nim brać udział tylko ci, którzy naprawdę chcą. Nie prowadziliśmy więc rekrutacji masowej. Nagłośniliśmy krótko sprawę w mediach i to wystarczyło. Ani rodzice, ani nauczyciele nie przyprowadzali do nas nikogo na siłę. Dlatego też przyszły dzieci zainteresowane programem, chętne do czynnego udziału. Niekoniecznie każde z nich zostanie ekonomistą, ale będą świadomymi uczestnikami rynku i obywatelami, a na tym nam szczególnie zależało. 

- Odbyło się 14 edycji, więc sukces!

- Mamy już ponad 1000 absolwentów EUD i blisko 400 absolwentów Akademii Młodego Ekonomisty. Projekt realizowany dla uczniów szkół podstawowych był tak pozytywnie odbierany, było tak duże zainteresowanie dalszą nauką, że postanowiliśmy to kontynuować na wyższym stopniu – dla gimnazjalistów. Równolegle prowadziliśmy też zajęcia dla rodziców. Zawierały one oczywiście aspekty pedagogiczne i psychologiczne, ale również ekonomiczne. Narodowy Bank Polski prowadził audyt wszystkich dziecięcych uniwersytetów w Polsce i nasz zawsze plasował się wśród najlepszych.

- Czy może któryś z absolwentów EUD zaczął już studia ekonomiczne na Uniwersytecie w Białymstoku?

- Przy tworzeniu EUD pomagali nam wolontariusze z liceum i wielu spośród nich studiuje teraz ekonomię na UwB. Rok akademicki 2016/2017 jest pierwszym, w którym absolwenci EUD mogliby rozpocząć naukę na UwB. Sprawdzenie tego okazało się kłopotliwe, ale mam nadzieję, że studiują.  

- Pani dzieci skończyły EUD?

- Najstarszy syn był za duży, ale został wolontariuszem, a teraz jest studentem prawa i kognitywistyki UwB. Trójka młodszych uczęszczała na EUD i na AME. I była to ich samodzielna decyzja.  

Rozmawiała Urszula Dąbrowska