WYDZIAŁY
Poprzednia wersja strony

Dźwiękoczuła

Dorota Sokołowska: radiowiec, dziennikarka, pisarka. Absolwentka Uniwersytetu w Białymstoku. Człowiek kultury; wrażliwa kobieta, która odnalazła swoje miejsce.   

Jej kojący głos, sączący się o poranku z radia, od lat budzi białostoczan. Ale słychać go też czasami na korytarzach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu w Białymstoku, jej Alma Mater, gdzie często prowadzi spotkania z pisarzami, kulturalne dyskusje i debaty. Otacza się książkami, ma nimi umeblowane mieszkanie, zawalone biurko, opowiada o nich w audycjach w Radiu Białystok, rozdaje je słuchaczom. Książki recenzuje i pisze. To nie przypadek, że na wywiad z nami umówiła się na Międzynarodowych Targach Książki w Białymstoku.

- Jestem człowiekiem książek – mówi pytana o to, jak się zaczęła jej kariera. - Wychowałam się w nauczycielskim domu, w którym książki się kochało. Tata miał na nowe specjalną półkę. W Łomży, skąd pochodzę, książki w latach 80-90-tych były towarem deficytowym, rozchodziły się błyskawicznie. Pamiętam, robiłam wyprawy do pomniejszych, pobliskich miejscowości: Zambrowa, Wysokiego Mazowieckiego, Ostrołęki, w nadziei, że tam zakupię tom, o którym zamarzyłam.  

Tę nastoletnią miłość do książek dostrzegła polonistka z łomżyńskiego liceum Danuta Zawadzka i tak mądrze pokierowała młodzieńczą namiętnością, że Dorota pokochała także literaturę klasyczną i w rezultacie zdała na studia polonistyczne na Uniwersytecie w  Białymstoku. 

- Dostałam się na bardzo silny rok – opowiada. - Na moim roczniku byli naprawdę zdolni ludzie. Wielu z nich zostało na uczelni i dzisiaj są profesorami, np. Elżbieta Awramiuk, Jarosław Ławski. Studia dały mi świetną bazę. Nawet, jeśli w tamtych latach zżymałam się, że coś jest niepotrzebne, jak bibliografia czy zajęcia dotyczące szukania informacji, to dzisiaj są to umiejętności w pracy dziennikarskiej niezbędne.  

Drugą, po książkach, miłością Doroty Sokołowskiej jest teatr. W liceum była recytatorką i krasomówczynią, reżyserowała spektakle, wygrywała konkursy. Na drugim roku polonistyki wzięła udział w Okręgowym Konkursie Recytatorskim. Okazała się rewelacją edycji. To ośmieliło ją i wystartowała do szkoły teatralnej, ale dopiero za kolejnym razem dostała się na teatrologię w warszawskiej PWST(jednocześnie studiowała na UwB). Tam też zrozumiała, że nie nadaje się na aktorkę. Trema przed występem paraliżowała ją i nie zmieniło się to mimo lat pracy przed mikrofonem.

Zaczynała studia na filii Uniwersytetu Warszawskiego, a skończyła już na Uniwersytecie w Białymstoku. Lata 90. to był dobry czas dla szukających pracy. Po demokratycznym przełomie 89 roku otwierało się wiele nowych instytucji, powstawały niezależne media, pojawiało się dużo ciekawych możliwości. Dorota Sokołowska, wzorem rodziców, chciała zostać nauczycielką. Nawet nie zapisała się na studenckie praktyki w radiu. Kiedyś poszła do Radia Akadera odwiedzić koleżankę z roku, która spędzała tam całe dnie.

- Gadałyśmy sobie niezobowiązująco, a radiowcy mają wyczulone ucho, momentalnie wychwytują głosy, które dobrze brzmią na antenie. Krzysztof Pałubiński, ówczesny szef Akadery, posadził mnie przed mikrofonem, posłuchał i powiedział: dziewczyno, masz radiowy głos. Radio pokochałam bardzo – wyznaje. - To była miłość nagła i trwa nieprzerwanie od 23 lat. Radio jest podobne do aktorstwa, tylko nie ma się przed oczami publiki i wymaga więcej improwizacji. To też artystyczny, twórczy zawód.  Miałam znakomitych mistrzów. Kiedy przychodzi się po studiach, jest się zarozumiałym. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, jak wiele jest osób, którym bardzo dużo zawdzięczam, które nie skąpiły mi wiedzy ani rad.

Jak to się dzieje w przypadku ważnych, długoletnich, życiowych relacji, w jej miłość do radia wdarło się też zwątpienie.

-  W pewnym momencie zrozumiałam, że jestem wysoką specjalistką od niczego – mówi. - Przychodzę na program, który trwa chwilę i nic po nim nie zostaje. Nie ma żadnej pracy moich rąk, nic nie produkuję.

Wtedy zagłębiła się w archiwum. Przewaliła stosy zakurzonych taśm, odsłuchała setki godzin nagrań i odkryła, że jednak coś zostaje.

- Że te bolesne doświadczenie ulotności mojej pracy nie jest do końca prawdziwe, bo to dzieło trwa, każdy radiowiec coś dokłada do niego od siebie – uspokoiło ją to. – Zrobiłam się dźwiękoczuła, bo ja jestem czuła wobec dźwięku, a taśma jest czuła wobec ludzkiego głosu.

Uświadomiło jej to także, że słowo zanotowane jest trwalsze i zaczęła pisać reportaże na podstawie odsłuchanych taśm. Z czasem powstała książka „Dźwiękoczułość”, reportaże o ludziach ważnych dla radia, potem kolejne. Prowadzi też literackiego bloga.

- Radio jest zaborcze i bezwzględne, w ogóle nie uznaje życia pozaradiowego, wolnego czasu, prywatnych potrzeb – zrozumiała to, kiedy poważnie zachorowała. Teraz szuka balansu i dystansu.  

Mówi, że w sumie zrealizowała już większość swoich marzeń. Pozostały już tylko te z kategorii górnolotnych, na przykład, żeby ludzie byli dla siebie życzliwsi.

- Ale nie chcę zajmować się mrzonkami, wolę cieszyć się chwilą, tym co się wydarza. Dobrze się czuję w miejscu, w którym jestem: w domu z książką, przed mikrofonem, fajnie jest czasem chwycić za pióro. I za 20 lat też chciałabym tu być.  


Urszula Dąbrowska